Uwag kilka o filmowaniu z nieba

Radość jaką daje latanie jest nie do opisania, a większość z nas, z wyjątkiem skrajnych przypadków para-narcyzmu, chce się ową radością podzielić z innymi, utrwalając swe loty na filmie. Koledzy pytają mnie o różne aspekty filmowania, często jak już jestem prawie podpięty do liny, więc, na podstawie ich pytań, postaram się trochę o kamerowaniu napisać, z zastrzeżeniem, że nie uważam się za eksperta.

Jaka kamera? Film to nie tylko obraz, ale i dźwięk (ciągle czekamy na zapach i … dotyk). Jakość obrazu i dźwięku jaką dają zwykłe kamery DVD ( 5000 – 6000 bitrate ) jest dla mnie zupełnie wystarczająca. Ale jeśli ktoś siedzi z nosem przed 42 calowym TV i liczy piksele, to musi mieć oczywiście full HD. Pewnie za 2 – 3 lata innych już nie będzie na rynku. Przed nabyciem full HD należy się jednak upewnić, czy nasz pecet będzie w stanie obrobić trzy razy większy objętościowo materiał filmowy; np. 15 000 bitrate, plus renderowanie z różnymi filtrami i efektami. U niektórych znajomych zakup full HD pociągał od razu zakup nowego kompa z mocną kartą grafiki. Jednak efekt końcowy; ostrość i płynność obrazu robi rzeczywiście wrażenie. Do momentu kiedy się przyzwyczaimy. Jednak spore grono znajomych przez kilka lat użytkowania kamer full HD nie zmontowało ani jednego filmu, co daje do myślenia. Oglądanie nieobrobionego materiału może okazać się naszym największym rozczarowaniem; ziemia z góry jest w zasadzie bardzo podobna…

Jaki obiektyw? Para-filmowcy dzielą sie na zwolenników standardowego i szerokiego kąta. Dla niektórych ujęć szeroki kąt doskonale nadaje się do ukazania ogromu przestrzeni, prędkości „na podejściu” i niweluje drgania obrazu. Jednak w niektórych kamerach dzieje się to kosztem dźwięku, (GO PRO HD) więc dowcipne uwagi loży szyderców już nie wzbogacą naszego filmu, a szeroki kąt zrobi z naszych para-koleżanek na lądowisku kandydatki na partnerki dla kosmitów. Może się też okazać, że obiektyw kamery jest za ciemny, a reakcja na zmianę odległości od obiektu i natężenia światła trwa wieki. Pamiętajmy, że po dziesiątym filmiku uwieczniającym nasz lot, sam widok nóg, kokpitu i krajobrazu pod nami nie będzie już nas tak ekscytować.

Wytrzymałość. Jeśli kupujemy drogą rzecz, miejmy to na uwadze, że pierwsze twarde lądowanie może być ostatnim dla naszej kamerki, nie mówiąc o niezliczonych okazjach do zarysowanie obiektywu (np. o metalowe części uprzęży), upuszczenia lub stratowania sprzętu filmowego w czasie przyspieszonego pakowania w terenie przygodnym (zbyt energiczne zbliżanie się rolnika), lub upychania glajtów w wyjazdowym busie. Ważna jest zatem odporność kamery, także na wstrząsy (dlatego nie polecano mi kamer z dyskiem twardym) i możliwość łatwego zamykania obiektywu, bez zamknięcia dyndającego na sznurku i walącego na wietrze w obudowę kamery.

Łatwość obsługi dla operatora. Aktywnie korzystający z kamery powinni sprawdzić czy będą ją mogli obsługiwać w… rękawicach! Wiele ciekawych kamer ma tak rozmieszczone przyciski, że w rękawicach nie sposób ich nawet uruchomić; przyciski są zbyt małe lub za blisko siebie. Istotnym wyposażeniem jest także dioda informująca o aktualnym trybie pracy, przy czym musi być ona widoczna od strony pilota, często pod słońce, aby mieć pewność, że „jednak się kręci”.

Zoom też może spłatać nam figla. W niektórych typach kamer lepiej go przed startem zablokować (ja blokuję go kawałkiem zapałki), tak aby nie włączył się nam przypadkiem. Zdarzyło mi się to w tym roku podczas latania na Słowenii i najładniejsze sceny diabli wzięli. „Bierni” kamerzyści nie mają takich problemów; włączą i zapomną. Najgorzej jak w stresie przedstartowym w ogóle zapomną ją włączyć, czego nieraz byłem już świadkiem.

Bateria. Kolejnym punktem do zastanowienia jest bateria. Po drugiej godzinie lotu może się okazać, że ujęcie życia nie było już filmowane gdyż bateria „podziękowała” nam za współpracę jakąś godzinę temu. Baterie nie lubią zimna i wilgoci. Częściowo pomaga zrobienie „ubranka” np. z czarnego neoprenu – w ciepełku bateria trzyma dłużej, a kamera ma częściową osłonę od H2O. Z takim zabezpieczeniem nasz sprzęt ma spore szanse przelatać z nami kilka sezonów. Niestety snujące się w porannych / wieczornych mgłach lub buszujące w chmurach niehermetyczne kamery i tak narażone są na szybszą korozję metalowych elementów wnętrza.

Zabezpieczenie antygrawitacyjne. Szanse kamery na przetrwanie wzrastają znacząco gdy ją dobrze przywiążemy. Jako, że piszę do latających, nie będę się rozwodził nad koniecznością przymocowania wszystkiego, co w locie może zrobić BASE jump i narobić szkód gdzieś tam na dole, albo przy ostrej klapie, walnąć nas w okulary. Uwaga na kamery/aparaty zawieszane na szyi! Jeśli pechowo o coś zahaczymy w locie (przydrzewienie) , to możliwe, że jedyną szansą przeżycia będzie nietrwałość mocowania.

Gdzie warto zamocować kamerę? Jeśli o mnie chodzi, nie uważam mocowania na kasku za idealne rozwiązanie, szczególnie dla latających swobodnie w górach. W górach lata się grupowo i głowa z kamerą rusza się zbyt chaotycznie. W efekcie tego albo obraz miga jak szalony, albo, siedząc godnie, niczym wypróżniający się faraon, narażamy siebie i innych na niebezpieczeństwo kolizji, zaniedbując obserwacji pozostałych pilotów lub stoku. ( pewnie widzieliście filmik na youtube jak pilot wpasował się w drzewa zajęty filmowaniem). Ale jeśli już tak postanowiliśmy, to pamiętać należy o „skalibrowaniu” kamerki na kasku w pozycji „do lotu”; musi ona „widzieć” to samo co pilot, a poza tym dobrze też wypoziomować horyzont i raczej powyżej 1/2 wysokości pola widzenia.

Niektórzy koledzy mocują kamery na nogach rzepami „na vario”. Problemem, co sami przyznali, może być wtedy rozbieg startowy; mało który rzep utrzyma sprzęt na miejscu, gdyż uda się zwężają ku dołowi…

Gdzie mocuję swoją? Swoją kamerę, zwykłego Samsunga SMX f-30, trzymam w trzech pozycjach;

1- na front-kontenerze gdy latam w górach (na wyciągarce kamerę wyjmuję z kieszeni dopiero po wyczepieniu, gdyż taśmy wyczepu najpierw są nad nią, a potem schodzą pod kontener wraz ze zmianą kąta liny holującej, co grozi zerwaniem kamery z kontenera). Na kontenerze doszyłem specjalnie rzepy, a „ubranko” kamery jest także z rzepem),

2- w zębach za oryginalny skórzany pasek przy uchwycie kamery, (przy starcie i lądowaniu – czujność czekisty, gdyż można stracić uzębienie),

3 – czasami filmuję „z ręki”, jeśli warunki pozwalają na jednoręczne sterowanie glajtem. Kamera jest zawsze na „smyczy” o dobranej długości.

Montaż filmu. Każdy ma pewnie swoje własne zdanie na ten temat. Możemy jednak założyć, że ciągnące się godzinami „przesuwanie” krajobrazu z widokiem butów na tle pól, lasów, szuwarów i chałup nie będzie się każdemu podobać. Inaczej odbieramy taki widok z lotu my, piloci, inaczej nieloty.

Często robię dwie wersje filmu; dla siebie i dla reszty ludzkości. Dla nielotów jest streszczenie. Streszczenie czego? Ano historii, którą filmik ma opowiadać. Jeśli jej nie opowiada – jest tylko materiałem filmowym. Dobrze. jeśli z akcją na ekranie współgra muzyka, a ujęcia robione są z różnych miejsc. Ale coż, – „ładne jest to, co się podoba”.

I ostatnia uwaga: nic nie jest za darmo. Straciłem wiele kominów i „skróciłem” kilka przelotów z powodu filmowania, co mi ciągle wypomina kolega Mariusz, ale moim zdaniem, taki video – pamiętnik to coś, co wspaniale prezentuje piękno naszego hobby i poprawia nastrój w czasie nielotnych tygodni i dlatego, jeśli już filmujemy, warto stworzyć coś więcej niż tylko kilkuminutowy „rejestr lotu”, obojętne czy wśród chmur, czy na wysokości kopca kreta. I uwaga koledzy filmowcy:

BEZPIECZEŃSTWO NAJPIERW!

Obejrzałem wiele filmików, gdzie dla nakręcenia super scen , piloci ewidentnie kusili los, latając w sposób niebezpieczny ( np. sunąc nisko nad ruchliwymi szosami, co mogło rozpraszać kierujących), wykonując popisowe figury akro nad glajtami innych, lub latając w miejscach gdzie raczej nie powinni sie znaleźć (zwarta zabudowa, strefy zakazane – np. tereny elektrowni itp). Wiadomo, że każdy chce, aby nasze dzieła były docenione. Jednak nie można przesadzać. Gdy dla dobra publiki „przywalimy” możemy skończyć jak bohaterka filmu pt. „Mucha nie siada”.

Często w anonsach na niusach używamy określenia „filmik”, co niektórych ewidentnie drażni. Ale nasze parafilmowe dzieła nie są ani filmem, ani etiudą, ani klipem – może w ten sposób, dzięki nam, glajciarzom, narodzi się nowy gatunek filmowy?

Tomek „bumat” Wołoszczyk

Karolina Kocięcka

Członek zarządu PSP. Zajmuje się częścią sportową – organizuje m.in. Paralotniowe Mistrzostwa Polski oraz niektóre edycje PLP. Prowadzi dział bezpieczeństwa, gdzie zbierane są dane dot. zdarzeń niebezpiecznych. Jest głównym administratorem strony PSP.

  • odpowiedz Rhotax ,

    YouTube i „kamerki” obnażyły małostkowość, płytkość i próżność ludzi. Kiedyś ktoś nagrywał filmik czy robił zdjęcia, żeby…mieć pamiątkę – DLA SIEBIE :> Archwium, żeby kiedyś po latach móc odświeżyć w pamięci wydarzenia, miejsca, których się doświadczyło (innym powodem była też możliwość zobaczenia siebie ‚z zewnątrz’, normalnie widzimy siebie jak w grze FPS – ręce, nogi w ruchu 🙂 a poprzez filmik możemy siebie zobaczyć tak jak widzą nas inni, tak jak widzi nas reszta świata).
    Teraz kręci się filmiki nie żeby „kiedyś” i „sobie”, tylko „natychmiast” pochwalić się „innym” :/ Niektórzy to nawet nie zajmowali by się snowboardem, narciarstwem, paralotniarstwem itd. gdyby nie było możliwości chwalenia się tym przed innymi. Każdy chce być ‚gwiazdą’ i nagle okazuje się, że wyjście do parku na jakąś lokalną górkę, jest czymś tak wyjątkowym, że zasługuje na filmik i „promocję” na youtube 😀 I mamy „miliony” filmików z wejścia na Rysy czy wycieczki na Morskie Oko 🙂 A im więcej i masowo to zaczyna się robić nużące, monotonne.
    Ale jest inny, konkretny negatywny skutek masowej promocji takich rekreacji, a szczególnie…miejsc, które REKLAMUJĄ. Chodzi o to, że Polska to mały kraj, mała przestrzeń i od kilku lat zaczynają być problemy…z tłokami. Od dawna jest to problemem jeśli chodzi o sporty zimowe gdzie mówi się, że w Polskich ośrodkach nie da się jeździć bo tłoki, bo więcej stania w kolejkach niż jeżdżenia, że lepiej jeździć do Słowacji, Czech bo tam jest luźno.
    Ale ja od 3 lat obserwuję ten problem w związku z paralotniarstwem. Coraz częściej słyszę od znajomych „Tam już nie jeździmy, bo nie da się już bezpiecznie latać, tłumy walą, tłok powoduje napięcie, a to agresję i chamstwo, ta miejscówa jest spalona”.
    Ktoś znajduje jakieś miejsce. Piękne, puste, jest spokój, relaks. Kiedyś, żeby znaleźć takie miejsce trzeba było się zaangażować, „mieć znajomego, który zna znajomego”. Teraz…’byle kto’ może poszukać filmiku na YouTube i dowiedzieć się w kilka chwil gdzie to jest, potem skąd startować i gdzie najlepiej zaparkować samochód. Wszystko podane jak na tacy. I walą tłumy! I miejscówa — umiera. Wszystko przez to, że ktoś nie potrafi zachować swojego przelotu dla siebie, dla znajomych tylko musi od razu pochwalić się tym…”przed całym światem” :/

    Dodaj komentarz

    • email: psp@psp.org.pl

      Polskie Stowarzyszenie Paralotniowe
      ul. Nad Wisłą 4A, 04-987 Warszawa

      NIP 527 251 23 14
      REGON 140534339
      KRS 0000236118